
Listen to ewa 1,0 by jola jolanta MP3 song. ewa 1,0 song from jola jolanta is available on Audio.com. The duration of song is 57:07. This high-quality MP3 track has 1411.2 kbps bitrate and was uploaded on 20 Mar 2024. Stream and download ewa 1,0 by jola jolanta for free on Audio.com ā your ultimate destination for MP3 music.










Creator Music & SFX Bundle
Making videos, streaming, podcasting, or building the next viral clip?
The Content Creator Music & SFX Bundle delivers 70 packs of hard-hitting tracks and sound effects to give your projects the fresh, pro edge they deserve.










Comment
Loading comments...
This podcast is a pilot episode about the narrator's pets and their influence on the creation of the podcast. The narrator introduces themselves as Nantina and talks about their average appearance and lack of a captivating voice. They express their hope that the podcast will be well-received and promise to release new episodes every Wednesday. The narrator also mentions their love for reading and occasionally recommending books. They explain their interest in crime podcasts, possibly due to their curiosity as a Scorpio. The narrator reminisces about living in an apartment building with two police officers, one of whom was kind and unnoticeable while the other was a charismatic troublemaker. They recall an incident where the officers were celebrating Police Day and singing loudly in the hallway. The narrator got annoyed and threatened to report them to their boss. They later reveal that they ended up working in the police force after being approached by the kind officer. The narrator te Drodzy PaÅstwo, ten podcast jest odcinkiem pilotażowym i zapewne nigdy by nie powstaÅ, gdyby nie moje zwierzaki. Ale o tym na koÅcu. Powiedzmy, że na imiÄ Nantina. Reszta nie ma wiÄkszego znaczenia. Wszak jestem tylko gÅosem, w dodatku o nienachalnej urodzie. Nie posiadam czarownego gÅosu Krystyny Czubówny, ani oryginalnego tembru Marcina Myszki. Ale mam nadziejÄ, że Wasze uszy nie ucierpiÄ , a sposób przekazu nie zaowocuje u PaÅstwa czkawkÄ . Postaram siÄ również, by materiaÅy ukazywaÅy siÄ w każdÄ ÅrodÄ, a opisywana zbrodnia miaÅa udowodnionÄ winÄ i okreÅlony wyrok. ChoÄ wydawaÄ by siÄ mogÅo, że ten odcinek w peÅni temu przeczy. Kara zostaÅa jednak wykonana, a realizacjÄ wyroku zajÄ Å siÄ los. Raz w miesiÄ cu, w każdym pierwszym odcinku, zarekomendujÄ PaÅstwu ostatnio przeczytanÄ ksiÄ Å¼kÄ. Czasem przedstawiÄ ciekawÄ , maÅo znanÄ postaÄ, niekoniecznie zwiÄ zanÄ z kryminaÅem. LubiÄ czytaÄ i zachÄcam do tego innych. Nie potrafiÄ sprecyzowaÄ, dlaczego wybraÅam podcast kryminalny. Może dlatego, że jestem zobiekalnym skorpionem, a te kochajÄ odkrywanie tajemnic. Przed laty mieszkaÅam z rodzinÄ w bloku niewielkiego miasta. W tej samej klatce rezydowaÅo aż dwóch policjantów, wtedy nazywanych milicjÄ . Ale żeby nie siaÄ niepotrzebnego zamÄtu, bÄdÄ używaÄ obecnie obowiÄ zujÄ cej nazwy. Jeden z nich byŠżyczliwym, niemal niezauważalnym, cicym czÅowiekiem z drogówki. Drugi to kawaÅ uroczego drania. Duszo towarzystwa i pracownik wydziaÅu, Åledczego w randze porucznika. CzÄsto robiliÅmy sobie dowcipy, choÄ czasem doprowadzaÅ mnie tym do szaÅu. Pewnej gÅÄbokiej nocy usÅyszaÅam gÅoÅny, huralny Åpiew dochodzÄ cy z klatki schodowej. Z piÄciu mundurowych wydzieraÅo siÄ na caÅe gardÅo, ÅpiewajÄ c ówczesny przebój, bÄdÄ c jakby usprawiedliwieniem zachowania, jak dobrze wieÄ sÄ siada. Panowie obchodzili dzieÅ policjanta. OtwarÅam drzwi, nabraÅam powietrza w pÅuca, a te przy wydechu dajÄ dziewiÄÄdziesiÄ t trzy decybele i ryknÄÅam, żeby zamknÄli tej japy, a jeÅli nie, to dzwoniÄ do szefa. DzieÅ wczeÅniej zaÅożono nam aparat telefoniczny i porucznik o tym wiedziaÅ. OdwróciÅ siÄ, kÅadÄ c palec na ustach, uciszyÅ kolegów, a potem GÄsiego wychodzili wyżej, stawiajÄ c zabawnie nogi, jak w Ministerstwie GÅupich Kroków Monty Pajtona. Na drugim piÄtrze, niczym niezrażeni, ponowili wystÄpy wokalne. FantazjÄ mieli uÅaÅskÄ . OdgrażaÄ siÄ policji w czasach komuny byÅo zachowaniem doÅÄ rywykownym. JakoÅ nigdy siÄ ich nie baÅam. Raczej darzyÅam sympatiÄ . PamiÄtam, jak porucznik zadzwoniÅ kiedyÅ do mnie i zapytaÅ, czy chciaÅabym pracowaÄ w policji. SpodobaÅ mi siÄ pomysÅ, wiÄc przytaknÄÅam. W ciÄ gu tygodnia pod obserwacjÄ znalazÅa siÄ caÅa moja bliższa i dalsza rodzina, sÄ siedzi, znajomi i przyjaciele. Ale o tym dowiedziaÅam siÄ post factum. Kiedy już byli pewni, że dokonali wÅaÅciwego wyboru, zostaÅam umówiona na rozmowÄ z szefem komendy. Zanim jednak weszÅam do gabinetu, porucznik poinstruowaÅ mnie, co mam mówiÄ by mnie przyjÄto do pracy. Na koÅcu padnie pytanie o pani ÅwiatopoglÄ d. Mam nadziejÄ, że pani wie co odpowiedzieÄ. SpojrzaÅ na mnie znaczÄ co i przewróciÅ oczami. Nie znosiÅam, kiedy jakiÅ facet dyktowaÅ mi warunki, nawet w dobrej wierze. Rozmowa u szefa byÅa o wszystkim i o niczym. I kiedy to nic dobiegÅo koÅca, puÅkownik zadaÅ kluczowe pytanie. No dobrze, dobrze. A jaki jest pani ÅwiatopoglÄ d? KrzÄ knÄ Å. PosÅaÅam w jego stronÄ najpiÄkniejszy z moich uÅmiechów i odrzekÅam. UksztaÅtowany panie puÅkowniku, uksztaÅtowany. UÅmiech w twarzy puÅkownika spÅynÄ Å jak woda z rynny, a ja już wiedziaÅam, że moja kariera w policji wÅaÅnie dobiegÅa koÅca. Porucznik zostaÅ wyzwany na dywanik. Kogo mi pan tu sprowadza? RyknÄ Å na mojego uroczego sÄ siada. Co siÄ staÅo? Nie nadaje siÄ? ZmartwiÅ siÄ porucznik. To cwaniara, a takich to my tu nie potrzebujemy, pieniÅ siÄ szef. Moja chaniotna zdraga ani trochÄ nie popsuÅa dobrych relacji miÄdzy nami. Dalej siÄ przyjaÅŗniliÅmy, choÄ w bliższych stosunkach zawsze byÅam z jego żonÄ . Pewnego piÄ tku robiliÅmy zakupy alkoholowe w Peweksie. ChodziÅo o prezent na czyjeÅ imieniny. MÄ Å¼ staÅ w dÅugiej kolejce do kasy, a ja analizowaÅam mÄskie typy wyprzedzajÄ cego w oczekiwaniu na swojÄ kolej. StudiowaÅam i fizjonomiÄ, wyobrażajÄ c sobie kim sÄ . SiedziaÅam na szerokim lastrykowym parapecie i w pewnym momencie odleciaÅam. WyobraziÅam sobie napad rabunkowy na placówkÄ. ByÅa doskonale zaopatrzona, nie tylko w alkoholÄ. Kiedy jednak przyjrzaÅam siÄ zabezpieczeniom okien i drzwi, wykluczyÅam takÄ możliwoÅÄ. Nie przestaÅam jednak drÄ Å¼yÄ mózgu i wreszcie mnie olÅniÅo. Sklep nie byÅ wolnostojÄ cym obiektem, a czÄÅciÄ skÅadowÄ dużego bloku usytuowanÄ na parterze. Piwnica. Niemal usÅyszaÅam podpowiedÅŗ i uÅmiechnÄÅam siÄ do wÅasnych myÅli. A kiedy już znalazÅam siÄ w domu, wprowadziÅa mnie w czyn. PodniosÅam sÅuchawka, zakryÅam mikrofon chusteczkÄ i wykrÄciÅam numer porucznika. OdebraÅa żona. WiÄc zmieniajÄ c gÅos, poprosiÅam mÄża do telefonu. OkazaÅo siÄ, że jest nieobecny. PowiedziaÅam zaintrygowanej sÄ siadce, że jeÅli chce awansu mÄża, to proszÄ, żebym przekazaÅa pilnÄ wiadomoÅÄ. UsÅyszaÅa przejÄta, że dziÅ miÄdzy dwudziestÄ czwartÄ a pierwszÄ w nocy zostanie obrabowany pereks. ZÅodzieje wejdÄ przez piwnicÄ, wiÄc mÄ Å¼, posiadajÄ c tÄ wiedzÄ, może ich zaskoczyÄ. Potem, bez pożegnania, cicho odÅożyÅam sÅuchawkÄ na wideÅki. DuszÄ c siÄ ze Åmiechu, pakowaÅam prezent dla niedzielnego solenizanta. WyobraÅŗcie sobie PaÅstwo mojÄ minÄ, kiedy wczesnym, poniedziaÅkowym rankiem odebraÅam telefon z komendy i usÅyszaÅam gÅos porucznika naszpikowany Årutem. Pewnie gdybym byÅa pod rÄkÄ , to przynajmniej bym nie stÅukÅ. NastÄpnym razem wsadzÄ paniÄ za wspóÅudziaÅ. Jego gÅos byÅ szorski, oficjalny, a mimo to wybuchnÄÅam kaskadÄ Åmiechu w przekonaniu, że facet żartuje. Nie mogÅam też uwierzyÄ, że zostaÅam rozpoznana przez jego żonÄ. To nie sÄ Å¼arty! WarknÄ Å ostrzegawczo i grzmotnÄ Å sÅuchawkÄ tak, że odskoczyÅam. Kiedy już furia z niego zeszÅa i pogodziÅ siÄ z faktem, że tym razem jednak nie awansuje, dowiedziaÅam siÄ, że zÅodzieje postÄ pili zgodnie z moim scenariuszem. ZgadzaÅa siÄ nawet godzina utrwalona na niechcÄ co rozbitym zegarze. Do dziÅ nie wiem, czy udaÅo mi siÄ odczytaÄ myÅl jednego z klientów, czy to klient postÄ piÅ zgodnie z zasugerowanym telepatycznie przekazem. Takich sytuacji z prekognicjÄ w tle byÅo wiele w moim życiu. Może dlatego wybraÅam kryminaÅ. Pierwszym tematem siÄgnÄ do 16 marca 1968 roku. Opowiem wam o zbrodni, o której na pewno nie sÅyszeliÅcie. O zbrodni bez kary, choÄ można powiedzieÄ, nie do koÅca. Mordzie, o którym do dziÅ wie tylko ÅcisÅe grono osób. Morderca, jego cichy niewinny wspólnik, brat zamordowanej, kilku policjantów, którzy nie mogli zrobiÄ użytku z tej wiedzy i ja, przypadkowo wplÄ tana z wydarzenia sprzed dekad. Prawda już nigdy nie ujrzy ÅwiatÅa dnia w peÅnym wymiarze. ZwÅoki dziewczyny i jej dziecka nie spocznÄ na poÅwiÄconej ziemi, a rodzina dalej bÄdzie modliÄ siÄ o należny pochówek. Cichy wspólnik żyÅ jeszcze kilkadziesiÄ t lat trawiony mrocznÄ tajemnicÄ i wyrzutami sumienia. Wkrótce po dokonanej zbrodni ożeniÅ siÄ, wybudowaÅ dom, doczekaÅ dzieci, potem wnuków i życie nieraz dostarczyÅo mu wielu radoÅci. UÅmiech nie zagoÅciÅ na jego piÄknej twarzy. Po koszmarnych przeżyciach pozostaÅ mu nerwowy tyk w postaci intensywnego mrugania. Zawsze smutna twarz i pusty wzrok, który siÄ z innym nigdy nie spotykaÅ. ByÅ rok 1964. MiaÅam wtedy siedem lat. UwielbiaÅam biegaÄ po ÅÄ kach i wypasaÄ krowy anieli flirtujÄ cej w tym czasie z chÅopakami. LubiÅam ogromne oczy tych zwierzÄ t, zapach i odgÅosy targanej trawy. Pewnego dnia stanÄÅam wÅród nich na wzgórzach. W dole zobaczyÅam zabudowania gospodarcze z ogromnÄ stodoÅÄ . Otoczenie siermiÄżnej architektury byÅo baÅniowe. Budynki staÅy na lekkim wzniesieniu z imponujÄ cym wjazdem, a caÅÄ kompozycjÄ zamykaÅy konary ogromnych dwustuletnich drzew. Z tego miejsca, gdzie staÅam, ich pnie byÅ niedostrzegalne. ByÅam zauroczona widokiem. ZnikÅy gdzieÅ krowy. ÅwiatÅo pustoszaÅ i zamarÅ, a ja znalazÅam siÄ w innej rzeczywistoÅci. ā BÄdziesz tu kiedyÅ mieszkaÄ? ā usÅyszaÅam gÅos, lecz w pobliżu nikogo nie byÅo. Po jakimÅ czasie otknÄÅam siÄ z letargu i znów byÅam w znanym mi Åwiecie, ale z gÅÄboko zakodowanÄ informacjÄ dotyczÄ cÄ mojej przyszÅoÅci. MijaÅy lata. OcieraÅam siÄ o kolejne wydarzenia. RodziÅam dzieci. ZmieniaÅam praca, przyjacióÅ, oglÄ dy. NadszedÅ dzieÅ, kiedy z ogromnymi oporami i wbrew samej sobie wróciÅam na stare Åmieci. ByÅam wtedy najbardziej nieszczÄÅliwym czÅowiekiem na Åwiecie. Dom, w którym siÄ urodziÅam, byÅ dla mnie piekÅem. Teraz podwójnym. Na poczÄ tku lat dziewiÄÄdziesiÄ tych moje maÅżeÅstwo byÅo jazdÄ bezstrzymanki. TrwaÅo to kilka dÅugich lat, aż pewnego dnia usÅyszaÅam od Anieli. Rodzice nie żyjÄ , a ja muszÄ sprzedaÄ górka. Jak jÄ chcesz, to za piÄÄdziesiÄ t cztery tysiÄ ce mogÄ Ci jÄ pchnÄ Ä. Miejsce byÅo uroczystkiem o wartoÅci daleko przewyższajÄ cej podanÄ kwotÄ. Ale jak siÄ później okazaÅo, Aniela byÅa wÅaÅcicielkÄ tylko poÅowy gruntu, a w ogóle nie byÅa Åwiadoma. Cyrk zaczÄ Å siÄ po pierwszym koszeniu trawy. Po zabiegach pielÄgnacyjnych w dużej paÅaci terenu wieczorem miaÅam goÅcia pod drzwiami z pytaniem, dlaczego koszÄ trawÄ na jego terenie. UniemiaÅam. Na szczÄÅcie czÅowiek byÅ na poziomie i wytÅumaczyÅ mi, że to, co uważamy za wÅasne, z wiada prawiada, należy do niego. Tak wiÄc polubownie wziÄliÅmy teren w dzierżawÄ. Od dnia sfinalizowania umowy kupna nasze życie ulegÅo znacznej poprawie. MieliÅmy wspólny cel. Wreszcie. PostanowiliÅmy adaptowaÄ pokaÅŗnÄ stodoÅÄ na dom i do pewnego momentu wszystko szÅo jak o maÅle. Ale od jakiegoÅ czasu zaczÄÅy drÄczyÄ mnie koszmarne sny. Niemal co noc wyrywaÅ mnie z otÄpienia widok przerażajÄ cego pożaru. ÅniÅam, że mój nowy dom, w którym już mieszkam, pÅonie niewyobrażalnym ogniem, a wraz z nim drzewa wokóÅ. KrzyczaÅam rozdzierajÄ co, stawiajÄ c domowników na równe nogi. PowtarzaÅo siÄ to zbyt czÄsto, by mogÅo byÄ przypadkiem, a ja wciÄ Å¼ wmawiaÅam sobie, że sny sÄ epizodyczne i nie niosÄ ze sobÄ Å¼adnego zagrożenia. MyliÅam siÄ. Bardzo. ByÅam owÅadniÄta chÄciÄ zamieszkania w tym miejscu i nie mogÅam siÄ oprzeÄ planowaniu. SiÅÄ rzeczy myÅli wciÄ Å¼ krÄ Å¼yÅy wokóŠdomu moich marzeÅ, a niemal każdej nocy budziÅ mnie wÅasny krzyk. ÅniÅam wciÄ Å¼ ten sam sen. WidziaÅam drewniany dom pÅonÄ cy takim ogniem, jaki niedawno trawiÅ Grecja, Sycylia i Rodos. Obraz takiego pożaru miaÅam pod powiekami każdej nocy. Zaniepokojona tym faktem umówiÅam siÄ na wizytÄ u mojej jasnowidzÄ cej znajomej. Dziewczyna w Årednim wieku nie byÅa czarownicÄ latajÄ cÄ na miotÄ, ale poważnym medium, opisanym nawet w jakiejÅ ksiÄ Å¼ce o nietuzinkowych kobietach PRL-u. MiaÅa niezwykÅy dar. Już w progu spojrzaÅa na mnie tak, jakby chciaÅa powiedzieÄ ā wiem po co przyszÅaÅ. UjÄÅa podane zdjÄcie w dwa palce, umieÅciÅa je pod ÅwiatÅo, obserwowaÅa tylnÄ stronÄ fotografii i dÅugo kontemplowaÅa obraz. SiedziaÅam po drugiej stronie biurka zastanawiajÄ c siÄ co mi powie, ale tego co usÅyszaÅam spodziewaÅam siÄ najmniej. To co Ci powiem na pewno Ci siÄ nie spodoba. StodoÅa kumuluje koszmarne energie. DookoÅa jest mnóstwo zwÅok zwierzÄ t i energetycznego cierpienia. A w samej stodole też czeka na Ciebie przykra niespodzianka. PodÅwiadomoÅÄ ostrzega CiÄ co noc, wiÄc po co siÄ tam pchasz? W tym miejscu ciÄ gnÄÅa dalej trzykrotnie stawiano dom i za każdym razem pÅonÄ Å. Ostatni raz na dzieÅ przed zeselem córki wÅaÅcicieli spÅonÄÅo wszystko wraz z domownikami. Zastanów siÄ co robisz usÅyszaÅam. Nie miaÅam powodu by jej nie wierzyÄ. Już nie raz pokazaÅa co potrafi ratujÄ c sporÄ mÄża przed komornikiem, a naszÄ rodzinÄ przed katastrofÄ . Nie baÅam siÄ wszakże żadnych energii, a miejsce byÅo speÅnieniem moich marzeÅ z dzieciÅstwa. Tak wiÄc gÅupota wygraÅa pojedynek z przezornoÅciÄ . Jak wiele razy w moim dÅugim życiu. Tym razem znalazÅam fotografiÄ z widocznymi zmianami dokonanymi w trakcie prac adaptacyjnych. DÅugo przyglÄ daÅa siÄ zdjÄciu. Potem spojrzaÅa na mnie z przygnÄbieniem w oczach mówiÄ c wiem, że jesteÅ silna, ale z tÄ siÅÄ sobie nie poradzisz. W twoim wymarzonym domu zakopane sÄ zwÅoki mÅodej dziewczyny i urodzonym dzieckiem. ZostaÅa uduszona. Kilkugodzinny noworodek również. SiedziaÅam jak skamieniaÅa, bo jeÅli ona mówiÅa prawdÄ, to ja znaÅam mordercÄ. W tamtej chwili wszystko zaczÄÅo siÄ ukÅadaÄ w mojej gÅowie jak uporzÄ dkowane klocki do mina. WysÅuchaÅam jej monologu do koÅca, ale byÅam poza jego treÅciÄ . WyszÅam stamtÄ d oszoÅomiona. Wszystko we mnie krzyczaÅo. Niemal wyÅam od Årodka, bo tak naprawdÄ choÄ rzeczywistoÅÄ temu przeczyÅa, od wielu lat już tam mieszkaÅam. ByÅam tam każdego dnia sercem, duchem, myÅlami. Mam twardy charakter, wiÄc postanowiÅam, że siÄ nie poddam i skonsultowaÅam jej rewelacjÄ z trzema niezależnymi autorytetami w dziedzinie energii i radiostacji. Wszyscy potwierdzili jej sÅowa, ale nawet to nie zniechÄciÅo mnie do dalszych dziaÅaÅ. ZaczÄÅam natomiast analizowaÄ wszystko, o czym wiedziaÅam i kojarzyÄ fakty sprzed trzydziestu lat. Mam fenomenalnÄ wczesnÄ pamiÄÄ, wiÄc bez trudu przypomniaÅam sobie brata Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józefa Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Józef Jak ktoÅ to wiedziaÅ, wreszcie mu siÄ oÅwiadczyÅa. Uroczysty dzieÅ nadszedÅ jesieniÄ 1968 roku i zapewne byÅby to jego najszczÄÅliwszy dzieÅ w życiu, gdyby w marcu tego roku nie doszÅo do tragedii, która już na zawsze odebraÅa mu spokój ducha. PamiÄtaÅam tÄ nagÅÄ metamorfozÄ i nie bardzo mogÅam zrozumieÄ. Józio, dotychczas tylko maÅomówny i nieÅmiaÅy, caÅkowicie siÄ zdematerializowaÅ. PrzestaÅ istnieÄ. Kiedy mijaÅ siÄ z tobÄ na ulicy, to owiewaÅo ciÄ tylko powietrze poruszane przez jego postaÄ, ale jego samego tam wtedy nie byÅo. PojawiÅ siÄ u niego paskudny tik, tak silny, że czasami znieksztaÅcaÅ mu twarz. ByÅo to intensywne mruganie jego ogromnych, piÄknych oczu. Wielu zastanawiaÅo siÄ nad przyczynÄ tego nagÅego upoÅledzenia, ale sam Józek obarczaÅ tym wojskowe przeżycia. Uwierzono mu i temat przestaÅ istnieÄ, a on odetchnÄ Å z ulgÄ . Nie zmieniÅo to faktu, że Józio zapadaÅ siÄ w sobie i nawet w trakcie prowadzenia dialogu nie patrzyÅ rozmówcy w oczy. Tak jakby baÅ siÄ, że ów odkryje zakodowany w nich obraz. Zaledwie 16 miesiÄcy wstecz Józio, uczciwy do bólu, lojalny i kochajÄ cy, daÅ siÄ uwieÅÄ piÄknej, dziewiÄtnastoletniej gieni z pobliskiej miejscowoÅci. Dziewczyna od pierwszego wejrzenia oszalaÅa na punkcie Józka, ale ten od poczÄ tku oponowaÅ, twierdzÄ c, że ma narzeczonÄ , którÄ kocha i nie może angażowaÄ siÄ w inny zwiÄ zek. Skutecznie opieraÅ siÄ kilka miesiÄcy, a gienia bezskutecznie próbowaÅa zdobyÄ jego serce, do pewnego sierpniowego poranka. WszedÅ do stodoÅy rodziców dziewczyny po maszynÄ do koszenia zboża, żniwiarka byÅa ustawiona na koÅcu Årodkowej czÄÅci i przywalona zeszÅorocznÄ zÅomÄ , usuwajÄ c jÄ z maszyny, trafiÅ na nagÄ dziewczynÄ. I ten widok pozbawiÅ go wszelkich hamulców. Nie podejrzewaÅ, że te kilka minut rozkoszy zamieni mu w potworne piekÅo caÅe życie. Gienia wiedziaÅa już, że nie ma szans na wspólny los dzielony z Józkiem, ale tak bardzo pragnÄÅa choÄ chwili w jego ramionach, że caÅkowicie zobojÄtniaÅa na skutki, jakie ta wymarzona chwila mogÅa przynieÅÄ. Jak siÄ wkrótce okazaÅo, żniwa zaowocowaÅy podwójnie, nie tylko zbożem. Dziewczyna majÄ c ÅwiadomoÅÄ, co jÄ czeka w tej wÄ skiej i hermetycznej spoÅecznoÅci, kiedy ciÄ Å¼a zacznie byÄ widoczna, robiÅa wszystko, żeby zminimalizowaÄ skutki. ObwiÄ zywaÅa siÄ w pasie i oscentacyjnie zjadaÅa duże iloÅci jedzenia, by przekonaÄ rodzinÄ o nadwagÄ bÄdÄ cej skutkiem obżarstwa, nieciÄ Å¼y. Dali wiarÄ. Córka dotÄ d uczciwa, pracowita i poważnie traktujÄ ca życiowe plany, byÅa dumÄ rodziców. Nie szlajaÅa siÄ z chÅopakami, odrzucajÄ c zaloty wszystkich mÄżczyn z okolicy i twierdzÄ c, że nad rzeczy ma jeszcze czas. OdrzuciÅa nawet propozycjÄ o maÅżeÅstwa, zakochanego w niej na zabój syna sÄ siada, nazywajÄ c go gÅówniarzem, jako że byli rówieÅnikami, a ten tej zniewagi nigdy nie zapomniaÅ. Zanim wybrzmiaÅy Józiowi weselne dzwony, przeżyÅ pierwszÄ traumÄ. Pewnego późnego popoÅudnia, wprowadzajÄ c traktor na klepisko, zauważyÅ kÄ tem oka ruch za plecami. OdwróciÅ siÄ, bo ktoÅ przysÅoniÅ ÅwiatÅo dnia, stajÄ c w niewielkich drzwiach stodoÅy. Wrota zdÄ Å¼yÅ już zamknÄ Ä otwarte pozostaÅe maleÅkie drzwiczki, wyciÄte w ich prawym skrzydle. I to wÅaÅnie tam stanÄÅa dziewczyna, zmieniona nie do poznania. ByÅa teraz otyÅÄ kobietÄ o ziemistej cerze, matowe oczy pozbawione blasku byÅy czeluÅciÄ jej przerażenia. DomyÅliÅ siÄ, po co przyszÅa. WyjaÅniÅ jej, że niczego poza wsparciem finansowym ofiarowaÄ jej nie może. UmówiÅ siÄ z niÄ na wieczór kolejnego dnia i pokazaÅ miejsce ukrycia kluczy do kufki, by nie musiaÅa marsnÄ Ä na dworze, tylko zakopaÅa siÄ w sianie. WróciÅa do domu z nadziejÄ , że jakoÅ to bÄdzie. Kupi bilet do GdaÅska. MiaÅa tam dalszÄ kuzynkÄ, z którÄ utrzymywaÅa kontakt. WiedziaÅy o sobie wszystko. Nie miaÅa wÄ tpliwoÅci, że jej pomoże. NocÄ wybudziÅa siÄ pod wpÅywem silnego bólu pleców i brzuka równoczeÅnie. WyrwaÅa siÄ w posÅania, pozbieraÅa najpotrzebniejsze rzeczy i przez nikogo nie zauważona pobiegÅa do stodoÅy. WiedziaÅa, co siÄ dzieje. Jej paraliżujÄ cy strach zminimalizowaÅ koszmarne bóle. RodzÄ c, dziÄkowaÅa Bogu za swojÄ wÅcibskÄ naturÄ i ukrycie siÄ w szafie podczas ostatniego porodu matki. ObserwowaÅa akcjÄ porodowÄ przez starÄ w jej wÄ skich drzwiach i nie mogÅa zrozumieÄ, dlaczego akuszerka odcina sznurek, w którym byÅ przywiÄ zany jej brat do matki, a potem jeszcze coÅ wyrzuca do wiadra, mówiÄ c, że to Åożysko. KÅamaÅa. Genia doskonale wiedziaÅa, jak wyglÄ da Åożysko, bo kiedyÅ w garażu tata jej pokazaÅ, takie prawdziwe, z kulkami. Na szczÄÅcie, majÄ c ÅwiadomoÅÄ, że przy jej porodzie nikt nie pomoże, pogÅÄbiÅa swojÄ wiedzÄ w tym temacie, a teraz zastanawiaÅa siÄ, czy dziecko przeżyje, skoro przychodzi na Åwiat przed terminem. UrodziÅa w ekspresowym tempie zdrowÄ , ÅlicznÄ dziewczynkÄ i przezornie natychmiast jÄ ochrzciÅa, nadajÄ c imiÄ ulubionej kuzynki. Nie miaÅa czasu na rozczulanie siÄ nad sobÄ . TempowinÄ odciÄÅa nożyczkami, zabezpieczyÅa, zawinaÅa dziecko w pieluchy i gruby kocyk. SprzÄ tnÄÅa legowisko, by po tym, co siÄ staÅo, nie pozostaŠżaden Ålad i ruszyÅa przed siebie w ciemnÄ , przejmujÄ co chÅodnÄ noc. ZmÄczona porodem i marszem w gÄstej, bÅotno-Ånieżnej brejnie, potykajÄ c siÄ o liczne kamienie, przekonane, że nikt jej nie widzi, dotarÅa do wymarzonego celu. OdnalazÅa klucz do kÅódki i weszÅa do Årodka. W stodole byÅo cieplej. WiedziaÅa, że przy drzwiach zawsze byÅa nastowa lampa i zapaÅki. Jasny pÅomieÅ oÅwietliÅ wnÄtrze. ZauważyÅa coÅ w rodzaju stolika, gruby koc przygotowany dla niej na sianie i dÅugi, weÅniany szal, który zawinÄÅa natychmiast wokóŠszyi. SpojrzaÅa na twarz dziewczynki. Boże, jaka ona podobna do taty! WyrwaÅo jej siÄ. Moja Matylda! WzmuchnÄÅa pÅomieÅ lampy i caÅkowicie nieÅwiadoma obecnoÅci intruza zasnÄÅa natychmiast, nie wiedzÄ c, że już nigdy nie zobaczy swojej córeczki. Ostatni marcowy dzieÅ przywitaÅ Józka niemal tropikalnym sÅoÅcem. PostanowiÅ, że nie bÄdzie czekaÅ do godzin popoÅudniowych a przygotuje gieni torbÄ z jedzeniem na podróż i zaniesie to wczeÅniej. MiaÅ jeszcze jakieÅ roboty w stodole, wiÄc czas szybciej upÅynie i wieczorem bÄdzie już mógÅ spaÄ spokojnie. ZaniepokoiÅy go otwarte drzwi, ale pomyÅlaÅ, że ona też przyszÅa wczeÅniej. WszedÅ do Årodka i zawoÅaÅ. WokóŠpanowaÅa niczym niezmÄ cona cisza. PrzyszÅo mu do gÅowy, że wyszÅa na ÅÄ kÄ. ByÅ taki cudowny dzieÅ. PodszedÅ do miejsca, w którym zostawiÅ szal i koc, a potem znieruchomiaÅ. TrwaÅo w tym bezruchu dÅugie minuty, może nawet dziesiÄ tki minut. ByÅ sparaliżowany od stóp do gÅowy, w której mózg siÄ wprost gotowaÅ. Kto mu uwierzy, że nikogo nie zabiÅ? Jak to wydÅumaczy rodzinie? Co powie narzeczonej? Nagle pociemniaÅo. OdwróciÅ siÄ z impetem, ale w drzwiach nikogo nie byÅo. To tylko gra sÅoÅca, schowanego za chmurÄ . W bÅyskawicznym tempie zgaziÅo ÅwiatÅo dnia, przywracajÄ c Józkowi trzeÅŗwe myÅlenie. WiedziaÅ, że nikomu nie może zdradziÄ tajemnicy. WziÄ Å w dÅoÅ ÅopatÄ, w prawym roku wykopaÅ dóÅ, zawinÄ Å zÅokie gienie i dziecka w koc, na którym leżaÅy, a w przyszÅoÅci przekona ojca, że trzeba zrobiÄ betonowÄ wylewkÄ pod maszynÄ. BiorÄ c dziewczynkÄ w dÅonie, przyjrzaÅ siÄ twarzy dziecka. Jej ogromne, bÅÄkitne oczy patrzyÅy wprost na niego. ByÅy otwarte, wyrażajÄ c zdumienie faktem, że już jej tam nie ma. ChoÄ powinna byÄ, bo przecież narodziny to życie, nie ÅmierÄ. Åliczna buzia byÅa zminiaturyzowanÄ wersjÄ jego samego. A kÄdzierzawy blond wÅoski dodawaÅy uroku, podkreÅlajÄ c anielskÄ urodÄ dziewczynki. SprawdziÅ pÅeÄ dziecka, ochrzciÅ jak jej matka, nadajÄ c zupeÅnie inne imiÄ i uÅożyÅ dziecko w ramionach rodzicielki. Kiedy ostatniÄ warstwÄ ziemi wyrównaÅ miejsce pochówku, puÅciÅy mu nerwy i zaniósÅ siÄ gÅoÅnym szochem. ByÅa to chwila, w której ÅmierÄ innych sprowokowaÅa narodziny nowego czÅowieka. Przerażonego, zrezygnowanego, smutnego i milczÄ cego. Ponieważ do Wylewnych nigdy nie należaÅ, jego przyznamienie poza Tikiem pozostaÅo niezauważone. ZresztÄ dla wsi, gdzie robota nigdy siÄ nie koÅczy, nikt nie zwraca uwagi na samopopicie domowników. Najważniejszym tematem dnia sÄ wykarmione i wydojone krowy. Reszta nie ma znaczenia. W piÄ tek 16 wrzeÅnia 1968 roku Józef braÅ Ålub cywilny, a nastÄpnego dnia, czyli w sobotÄ 17 wrzeÅnia odbyÅo siÄ hucz na weselisko, której jakimÅ cudem przeżyÅ, nie żaÅujÄ c sobie alkoholu. ByÅ to jedyny sposób, by zapomnieÄ o obrazie noszonym w pamiÄci i unicestwiÄ ciÄżar wyrzutów sumienia. OdetchnÄ Å z ulgÄ , wyprowadzajÄ c siÄ z domu. A potem życie z jego codziennymi kÅopotami daÅo mu odetchnÄ Ä i chwilowo zapomnieÄ o przeszÅoÅci wracajÄ cej każdego marca jak boomerang. MinÄÅy lata. Matka Józka i Anieli zmarÅa, a ona zostaÅa jedynÄ spadkobierczyniÄ , co doprowadzaÅo go do szaÅu. WiedziaÅ, że Aniela nienawidzi ziemi i gospodarki, którÄ on tak kochaÅ. WiadomoÅÄ o sprzedaży dziaÅki, zabudowaÅ i stodoÅy mnie doprowadziÅa go do furii i niemal odebraÅa zmysÅy. DomyÅlaÅ siÄ, że nie kupiliÅmy terenu dla gospodarki, ale z myÅlÄ o zamieszkaniu tam. WiedziaÅ, że majÄ tnoÅÄ mojego mÄża daje duże możliwoÅci na szybkÄ adaptacjÄ stodoÅy, a w zwiÄ zku z tym w trakcie kopania piwnic caÅa prawda wejdzie na jaw. Taka sytuacja oznaczaÅaby katastrofÄ w jego życiu i jego kompletnÄ ruinÄ, bo choÄ sprawa już od lat byÅa przedawniona, straciÅby dobre imiÄ, co dla niego byÅoby niewyobrażalnym nieszczÄÅciem. Ponieważ na poczÄ tku nie byÅo na to sesji wody, musieliÅmy jÄ dopiero doprowadziÄ. Prace nie rozpoczÄÅy siÄ od razu. Józef trochÄ mu wyciszaÅ nerwy, ale kiedy sporadycznie trafialiÅmy na siebie, odwracaÅ gÅowÄ udajÄ c, że mnie nie zna. MinÄÅy dwa lata, zanim wszystko ruszyÅo peÅnÄ parÄ . ChoÄ ja od poczÄ tku wykorzystywaÅam zabudowania gospodarcze do hodowli wiÄzików, każdego dnia bez wzglÄdu na pogodÄ i porÄ roku musiaÅam byÄ na dziaÅce, by nakarmiÄ zwierzaki i zebraÄ jaja. 29 luty 2004 roku byÅ oÅnieżonÄ niedzielÄ . SpadÅo okoÅo 15 cm Åniegu, ale bez specjalnych efektów wizualnych, do których przywykÅam w tym terenie. Wiatr postrÄ caÅ biaÅy pup z drzew i efekt byÅ jednostronny. PodchodziÅam do posesji nie od gÅównej drogi, a od strony lasu. TÄdy wkrataÅam sobie drogÄ w znacznej mierze, co byÅo dużym udogodnieniem, zwÅaszcza wtedy, kiedy trzeba byÅo pójÅÄ tam dwukrotnie w ciÄ gu dnia. PodchodzÄ c do zabudowaÅ, spodoÅem miaÅam z lewej strony. W zasiÄgu wzroku byÅ caÅy jej tyÅ i prawa strona zwrócona na poÅudnie. Obok niej staÅ samochód dostawczy peÅniÄ cy rolÄ transportera do zakÅadów mechaniki samochodowej mÄża. MiaÅ ich siedem w dużych, okolicznych miastach i prowadziÅ nabór pracowników, by uruchomiÄ Ć³smy, najwiÄkszy i najnowoczeÅniejszy obiekt tego typu. PodchodzÄ c bliżej, zauważyÅam mÄżczyznÄ w gÅÄboko nasuniÄtym na twarz kapturze, przyglÄ dajÄ cemu siÄ drzwiÄ stodoÅy. StaÅ tam i po prostu siÄ gapiÅ na drzwi, jakby byÅy niezwykle atrakcyjne i hipnotyzujÄ ce. Z odlegÅoÅci trzydziestu metrów krzyknÄÅam, że dziÅ zakÅad nie dziaÅa i nikogo tam nie ma. A on staÅ i kontemplowaÅ drewniane drzwi stodoÅy. KrzyknÄÅam po raz drugi, żeby przyszedÅ w poniedziaÅek, wtedy zastanie mÄża. ByÅam zdumiona, że czÅowiek w ogóle nie reaguje, tak jakby mnie nie sÅyszaÅ. Kiedy byÅam już caÅkiem niedaleko, wycofaÅ siÄ za samochód. W koÅcu podeszÅam na tyle blisko, że mogÅam czÅowiekowi wytÅumaczyÄ, w czym rzecz, ale skonstatowaÅam, że jestem zupeÅnie sama. Przed stodoÅÄ wigniaÅy Ålady mÄskich stóp w rozmiarze czterdzieÅci trzy. Te same Ålady zmierzaÅy z stronÄ maski samochodu i w tym miejscu Ålad siÄ urywaÅ. ZupeÅnie, jakby czÅowiek w kapturze odparowaÅ. OblaÅ mnie lodowaty pot w uÅamku sekundy. ByÅam tam sama jak palec wokóŠżywego ducha, a Ålady na Åniegu przeczyÅy faktom. W pierwszej chwili szukaÅam czÅowieka. NawoÅywaÅam, ale kiedy do mnie dotarÅo, że nikogo poza mnÄ nie ma, po prostu uciekÅam. Zanim opuÅciÅam posesjÄ, kilkakrotnie obiegÅam caÅy teren w poszukiwaniu mÄżczyzny. A dotarÅo do mnie, że o tej porze roku ukrycie siÄ na tej dziaÅce jest rzeczÄ niemożliwÄ . I miaÅam chyba do czynienia z poÅmiertnym bytem, a nie z rzeczywistÄ postaciÄ naszego wymiaru. OczywiÅcie opowiedziaÅam mÄżowi, że chyba widziaÅam ducha, a ten naurÄ gaÅ mnie od idiotek. Nie byÅam zdziwiona. Gdyby mnie ktoÅ opowiedziaÅ takÄ historiÄ , moja reakcja byÅaby podobna. Już nastÄpnego dnia umówiÅam siÄ z jedynÄ osobÄ mogÄ cÄ odpowiedzieÄ nadrÄczÄ ce mnie pytania i zabierajÄ c najnowsze zdjÄcie, pojechaÅam na spotkanie. Moja utalentowana jasnowidzÄ ca uniosÅa fotografiÄ pod ÅwiatÅo, dÅugo jÄ analizujÄ c. Potem odÅożyÅa jÄ na bok i oparwszy siÄ o fotel przyglÄ daÅa mi siÄ z uwagÄ , po czym westchnÄÅa i dodaÅa takim tonem, jakby to, co wyartykuÅowaÅa, byÅo oczywiste. WidziaÅaÅ prawdziwego morderca. Jak to? O czym ty mówisz? Do tej pory byÅam przekonana, że zwÅoki w stodole to sprawa Józka. To on dla mnie byÅ mordercÄ , choÄ nigdy tego nie powiedziaÅam gÅoÅno, nawet samej sobie. PosÅuchaj. Gienia miaÅa obsesjÄ na punkcie Józka, ale byÅ czÅowiek, który takÄ samÄ obsesjÄ byÅ ogarniÄty na punkcie Gieni. ByÅa jego niespeÅnionym marzeniem, miÅoÅciÄ niemal kosmicznÄ , odbierajÄ cÄ mu zmysÅy. Nie potrafiÅ jeÅÄ, spaÄ. Nie potrafiÅ myÅleÄ o nikim innym. Gienia wypeÅniaÅa jego ducha, umysÅ i ciaÅo. Å»yÅ jak zombie, a ponieważ byli sÄ siadami, ÅledziÅ każdy jej krok. WiedziaÅ, że z nikim nie utrzymuje kontaktów towarzyskich, że jest pracowita, uczciwa i trzyma siÄ w domu. Jest domatowkÄ po prostu. DokÅadnie o takiej żonie marzyÅ. Ale gdy na propozycjÄ maÅżeÅstwa wybuchnÄÅa salwa uÅmiechu, poczuÅ siÄ upokorzony. I to, co do tej pory byÅo miÅoÅciÄ bez miary, zmieniÅo oblicza. Tak jak kiedyÅ jÄ kochaÅ, teraz nienawidziÅ. PostanowiÅ, że zrobi wszystko, by jÄ zniszczyÄ. Wraz ze zmianÄ emocjonalnÄ wyostrzyÅo siÄ postrzeganie rzeczywistoÅci. Szybko zorientowaÅ siÄ, kim tak naprawdÄ interesuje siÄ Gienia. I pamiÄtnej marcowej nocy na widok wymykajÄ cej siÄ z domu dziewczyny postanowiÅ pójÅÄ za niÄ . Lecz w najÅmielszych oczekiwaniach nie spodziewaÅ siÄ tak sÅodkiej zemsty. DomyÅliÅ siÄ, dokÄ d zmierza jego niedawna ukochana. Kiedy obraÅa kierunek marszu w ciemnÄ , marcowÄ noc? SzÅa zmagajÄ c siÄ z wiatrem i co jakiÅ czas spotykaÅa siÄ o wystajÄ cy konar czy kamieÅ. Po godzinie tego wyczerpujÄ cego spaceru zbliżyÅa siÄ do sÄ siedniej wsi. Nie byÅy to wiejskie chaÅupy, ale zabudowania gospodarcze usytuowane na niewielkim zniesieniu. DomyÅliÅ siÄ jednak, do kogo może należeÄ. PrzystanÄ Å w pewnej odlegÅoÅci i poczekaÅ, aż dziewczyna wejdzie do Årodka. WszedÅ za niÄ bezszelestnie przez nie do koÅca domkniÄte drzwi. StanÄ Å za jej plecami i usÅyszaÅ, jak gienia wymawia imiÄ kobiece, ale nie dostrzegÅ dziecka. PostanowiÅ, że zanim jÄ zabije bÄdzie krzyczyÄ caÅy swój ból, poniżenie i nienawiÅÄ odbierajÄ cÄ mu zmysÅy. Bo to jej wina, że w nim byÅo tyle goryczy, żalu i zbrodniczej furii. Za gÅoÅno siÄ ÅmiaÅa. Za gÅoÅno. Gienia zgasiÅa pÅomieÅ i niemal natychmiast zasnÄÅa. ZrobiÅo siÄ ciemno i cicho. SÅyszaÅ tylko dziwne piski. Nie zauważyÅ każdej stodoÅy. OdczekaÅ kilka minut, potem wÅÄ czyÅ niewielkÄ latarkÄ i ruszyÅ w poszukiwaniu ofiary. TrafiÅ na prowizoryczny stolik z wygaszonÄ lampÄ naftowÄ . Potem na róg barwnego koca, na którym zmÄczona porodem i drogÄ zasnÄÅa gienia. Obok niej leżaÅ niemowlÄ, już nie miaÅ cienia wÄ tpliwoÅci kto jest ojcem noworodka. Ty suko! WycedziÅ przez zaciÅniÄte szczÄki. Ty wredna, faÅszywa suko! ArtykuÅujÄ c ostatnie sÅowo silnymi dÅonmi zaciskaÅ szal naszej ÅpiÄ cej, miażdÅ¼Ä c jej krtaÅ. Potem to samo jednÄ rÄkÄ zrobiÅ z dzieckiem. A to w chwili Åmierci szeroko otwarÅo zaciÅniÄte powieki i z niemym pytaniem, bÅÄkitu niezwykÅych oczu, spojrzaÅo wprost na wykrzywionÄ furiÄ twarz mordercy. W Åwietle latarki potwora. WychodzÄ cy z todoÅy nie kryÅ przed sobÄ zadowolenia w dokonanej zÄsty, ale wygrzewaÅa mu ciaÅo. ByÅ gÅÄboko przekonany, że prawda nigdy nie wejdzie na jaw, a gdyby nawet winÄ za popeÅnione zbrodnie zostanie obciÄ Å¼ony wÅaÅciciel posesji. Jakże siÄ myliÅ. 7 lipca 1969 roku wsiadÅ na motor w stanie kompletnego upojenia alkoholowego i rozbiÅ siÄ o maskÄ stara przez szans na przeżycie. Jeden z policjantów rozpoznaÅ w ofierze wypadku mÅodszego sÄ siada, a penetrujÄ c jego kieszenie znalazÅ list informujÄ cy ze szczegóÅami o dokonanej zbrodni sprzed roku. Nie ujawniajÄ ce go jednak miejsca ukrycia zwÅok. Policjant z trudem dobrnÄ Å do koÅca i zasÅa byÅ. Nie zareagowaÅ na treÅÄ listu, odpowiedziaÅ pÅaczÄ c, że jest starszym bratem zamordowanej dziewczyny. Nie sÄdzia skazaÅ mordercom na ÅmierÄ, lecz rÄka sÄ du najwyższego wymierzyÅa karÄ. ByÄ może w sÄ dzie cywilnym uniknÄ Åby kary Åmierci otrzymujÄ c dÅugoterminowy wyrok. Pod drzwiami tej stodoÅy staje od lat. Zawsze o tej samej porze morderca. TrafiÅaÅ na jeden z tych dni, zakoÅczyÅa dÅugi monolog moja rozmówczyni. SkÄ d znasz tyle szczegóÅów? Przecież nie ze zdjÄcia. MilczaÅa chwila, jakby zastanawiaÅa siÄ czy może mi powierzyÄ jakiÅ sekret. W koÅcu odrzekÅa. Przed trzydziestu laty odwiedziÅ mój gabinet pewien policjant. Nie wszystko mogÅam mu powiedzieÄ, ale pomogÅam ukoiÄ zszarpane nerwy i zdemalowany umysÅ. To byÅ brat gieni. PoznaÅam wtedy treÅÄ listu mordercy. SiedziaÅyÅmy w ciszy dÅuższÄ chwilÄ, a po niej dopowiedziaÅa reszta. Ten dom powstanie, ale ty nie bÄdziesz musiaÅa tam mieszkaÄ. ByÅa to dla mnie niewyobrażalna treÅÄ. Nie chciaÅam pogodziÄ siÄ z myÅlÄ , że mogÄ straciÄ moje miejsce na ziemi. PodziÄkowaÅam za seans, czego siÄ podobno nie robi. ZapÅaciÅam i wyszÅam pogrÄ Å¼ona w ponurym analizowaniu poznanych faktów. PowiedziaÅam jeszcze, że przede mnÄ ciÄżkie chwile. I tak moje rodzinie odsunÄÅy problemy dziaÅki w cieÅ. NastÄpnego dnia dotarÅa do mnie druzgocÄ ca wiadomoÅÄ. Mój jedyny brat leżaÅ po wypadku na intensywnej terapii. Przez miesiÄ c praktycznie nie opuszczaliÅmy murów szpitala, zmieniajÄ c siÄ co kilka godzin przy Åóżku chorego. Lekarz dawaÅ niewielkie szanse na przeżycie, ale miaÅam racjÄ. Do jako takiej sprawnoÅci wróciÅ po trzech tygodniach, a po piÄciu mogliÅmy odetchnÄ Ä z ulgÄ . PrzewieziÅem go na salÄ ogólnÄ i powoli wracaÅ do równowagi, a my do rzeczywistoÅci. ZjeżdżaÅam samotnie szpitalnÄ windÄ , a kiedy na piÄtrze ta zatrzymaÅa siÄ otwierajÄ c drzwi, zobaczyÅam steranÄ Å¼yciem kobietÄ pod jej oczami. UniosÅam drwi, bo twarz byÅa znajoma. Ona też nie odrywaÅa ode mnie oczu. A chwilÄ po tym rzekÅa ā tak, to ja. Wiem, że trudno mnie rozpoznaÄ. PrzeÅknÄÅam ÅlinÄ, wciÄ Å¼ nie wierzÄ c w to, co widzÄ. StarÄ , udrÄczonÄ kobietÄ byÅa Aniela. ā A ty co tutaj robisz? ā pytaÅam pożegnaciuska. OdparÅa smutno. ZmarnowaliÅmy póŠżycia na kÅótniÄ, a teraz nie ma już szans, żeby to odwróciÄ. Ma przed sobÄ może miesiÄ c życia. Zanim rozstaÅyÅmy siÄ z AnielÄ , dowiedziaÅam siÄ, że leży w izolatce. WróciÅam na pierwsze piÄtro i cicho otwarÅam drzwi. StanÄÅam przy Åóżku, majÄ c caÅÄ jego postaÄ przed sobÄ . MiaÅ pÅytki oddech, siniejÄ ce koÅce palców i plany wÄ trobowe na rÄkach. MyÅlaÅam, że już nie żyje, ale nagle drgnÄ Å i obudziÅ siÄ. ā Już wiesz? ā zapytaÅ w przekonaniu, że odkryliÅmy zwÅoki. ā Wiem. ā odpowiedziaÅam spokojnie i spojrzaÅam gÅÄboko w jego już niemal martwe oczy. ā Ulrzysz sobie? ā odpowiedziaÅam z nadziejÄ , że usÅyszÄ jego wersjÄ znanej już historii. ā Nie mam już nic do stracenia, a nie chciaÅbym, by ktokolwiek myÅlaÅ, że jestem mordercÄ . ā Wiem, że nim nie jesteÅ. ā zawÄdziÅam go. Znam morderca. PrzeÅknÄ Å szyjnÄ i usiadÅ na Åóżku, do czego jeszcze przed chwilÄ nie byÅ zdolny. ā Jak to znasz? ā zapytaÅ przejÄty wiadomoÅciÄ . ā Juziu, opowiedz mi z detalami, jak do tego doszÅo, a ja ci powiem potem, kim byÅ morderca. ChoÄ udrÄczony wyniszczajÄ cÄ chorobÄ , opowiedziaÅ mi w najmniejszych szczegóÅach historiÄ, którÄ jeszcze kilka tygodni temu sÅyszaÅam z innych ust. Potem opowiedziaÅam mu o zbrodni, którÄ z nim żegnaÅam. PrzyrzekÅam, że cokolwiek siÄ stanie, nigdy nikomu tego nie powiem. UÅmiechnÄ Å siÄ i szepnÄ Å ā możesz. ā Jak umrÄ? ā dotrzymaÅam sÅowa. Po spowiedzi życia Józek odzyskaÅ jakimÅ cudem zdrowie i po czterech tygodniach, ku zdumieniu wszystkich lekarzy oddziaÅu onkologicznego, dziarskim krokiem opuÅciÅ szpital. RatuÅ siÄ jeszcze osiemnaÅcie lat i chyba po raz pierwszy cieszyÅ siÄ Å¼yciem. ZmarÅ nagle we Ånie w okresie trwajÄ cych żniw. Od mojej wizyty w szpitalu wiÄcej ze sobÄ nie rozmawialiÅmy. W dwa lata po jego Åmierci moje życie rozsypaÅo siÄ w drzewacki. ZostaÅam wdowÄ . MusiaÅam sprzedaÄ swoje marzenia i dom, bo jak powiedziaÅa mi mÄ dra kobieta, nie bÄdÄ chciaÅa w nim mieszkaÄ. Faktycznie nie chciaÅam. DÅugi mÄża okazaÅy siÄ dużo zacniejsze niż jego majÄ tnoÅci. Tak wiÄc zostaÅam z rentÄ , zwierzÄtami i kredytami koÅczÄ cymi siÄ dla mnie w 2036 roku. Mam nadziejÄ, że nie zanudziÅam Was na ÅmierÄ i spotkamy siÄ w trakcie emisji kolejnego odcinka. Tymczasem proszÄ o subskrypcjÄ i Åapki w górÄ, bo w chwili obecnej muszÄ mieÄ 1000 subskrybentów by zaistnieÄ na kanale YouTube. Jeżeli możecie PaÅstwo ten proces przyÅpieszyÄ polecajÄ c mnie innym bÄdÄ bardzo wdziÄczna. Moje schroniskowe zwierzÄta również. KoÅczy siÄ zima. Od piÄciu lat ze wzglÄdów oszczÄdnoÅciowych mam jeden niewielki piecyk i jedno ogrzewanie nim pomieszczenie. JakoÅ wytrzymujÄ 15 stopni, ale koty starzejÄ siÄ szybciej. Nie chciaÅabym, by marzÅy kolejny sezon. W postscriptu dodam, że nie mam tendencji do konfabulacji. Ta historia w najdrobniejszych szczegóÅach wydarzyÅa siÄ naprawdÄ. ZmieniÅam tylko kilka drobiazgów bez znaczenia Nie domyÅliÅ siÄ, że Tina to ja. Wybaczcie mi PaÅstwo poziom nagrania i jakoÅÄ i dÅŗwiÄku. ObiecujÄ, że z każdym kolejnym odcinkiem bÄdzie lepiej. Nie znam siÄ na obsÅudze laptopa. Wszystko jest dla mnie bÅÄ dzeniem w ciemnoÅci. Ale wierzÄ, że przyjdzie dzieÅ, w którym moje problemy techniczne odejdÄ w niebyt. DziÄkujÄ PaÅstwu za zrozumienie i za usÅyszenia. Mam nadziejÄ. A teraz, drodzy PaÅstwo, zgodnie z obietnicÄ , zachÄcam do zapoznania siÄ z treÅciÄ ksiÄ Å¼ki Edwarda Skotnickiego pod tytuÅem Afera. Pan Skotnicki jest absolwentem WydziaÅu Chemicznego Politechniki ÅlÄ skiej w Gliwicach i byÅym pracownikiem ZakÅadów Chemicznych Azot w Jaworznie, w których toczy siÄ akcja tytuÅowej Afery. Trakcja jest dostÄpna w ksiÄgarni internetowej zaczetani.pl wydana w 2013 roku przez wydawnictwo innowacyjne Nowarys w Gdyni. Sama ksiÄ Å¼ka jest raczej trudna do zdobycia, bo wydanie byÅo niszowe. Mnie wpadÅa w rÄce przypadkiem, a jej treÅÄ momentami byÅa dla mnie szokiem. Wielka szkoda, bo napisana ze swadÄ mimo, że opisuje tragedie i koszmarne historie, nie ma tam bÅyskotliwego poczucia humoru. BÄdziecie PaÅstwo mogli poczytaÄ o tym, jak przez dekady wylewano poprodukcyjne Åcieki wprost do przemszy. Poznacie chemiÄ o nazwach tak skomplikowanych, że trzeba je dzieliÄ na sylaby, by móc przekazaÄ werbalnie. KsiÄ Å¼ka jest niemal dokumentem zbrodni, popeÅnionej nie tylko na czÅowieku, który odebraÅ sobie życie, ale również wÅadzÄ wobec mieszkaÅców i ogromnych poÅaci ziemi po obu brzegach rzeki. Zatruwanie Årodowiska na takÄ skalÄ byÅo wyniszczaniem wÅasnych obywateli. Pozycja jest także fenomenalnÄ dokumentacjÄ absurdów PRL-u i w tych tematach ÅmiaÅo może konkurowaÄ z podrÄcznikami historii. ChciaÅam przytoczyÄ mój ulubiony fragment epilogu, ale wydawca to odradza. Od pewnego czasu sÅucham ostrzeżeÅ i żegnam siÄ z PaÅstwem do nastÄpnego odcinka, życzÄ c fascynujÄ cej lektury.
There are no comments yet.
Be the first! Share your thoughts.
